Katastrofy tam
Największe tamy na świecie i ich katastrofy
Tsunami
Największe tsunami w historii ludzkości
 
Rozmowa kwalifikacyjna w Google
Rozmowa kwalifikacyjna w Google

5 października walkę z rakiem przegrał Steve Jobs, założyciel i szef firmy Apple, która produkuje telefony iPhone, tablety iPad, odtwarzacze muzyki iPod i komputery Macintosh (bardzo popularne w USA).

Apple to jedna z największych komputerowych firm świata, rozwijająca się według mnie w tempie zbliżonym do Google kilka lat temu (czyli ogromnie szybko).

Zaskakuje mnie, że człowiek mający tyle pieniędzy na wiadomość o chorobie nie rzucił ich na rozwój medycyny, by uratować swoje życie. Mógł nawet sprzedać firmę. W ciągu kilku lat walki z rakiem przy odpowiednich nakładach finansowych pewnie by opracowano skuteczny lek.

Jestem zdania, że obecnie postęp ludzkości hamują wyłącznie pieniądze. Przykładowo: wyprawa człowieka na Marsa to kwestia wyłącznie pieniędzy. Podobnie jest zapewne z medycyną.

Przy okazji polecam obejrzenie wywiadu z Billem Gatesem i Stevem Jobsem - trwa około 1.5 godziny, ale jest bardzo interesujący. Przyznam, że Steve'a nie znałem prawie wcale, ale obejrzałem kilka filmów i uznaję, że była to ciekawa osobowość.

Często ludzie pytają mnie, jak udaje mi się prześlizgiwać przez życie, maczając jednocześnie palce w tak wielu sprawach.

W szczególności pytanie to dotyczy studiów, które nie stanowią większości mojego życia - są wręcz mniejszością.

Trochę teoretycznie, pół żartem i całkiem serio chciałbym więc wytłumaczyć, na czym polega u mnie planowanie i jak przebiega w czasie.

Planowanie bowiem to według mnie tworzenie realnych szans przy nierealnych warunkach.

Skompresowany plan w Google Docs

→ Czytaj dalej artykuł Sztuka przeżycia - sztuka planowania

W lutym tego roku zacząłem intensywnie udzielać się w tzw. blogosferze.

Po dwóch miesiącach mogę wreszcie wydać pewien werdykt i ocenić najpoczytniejsze polskie blogi, ich layouty, funkcjonalności oraz samych autorów. Opinie niby subiektywne, jednak obiektywność nie jest daleka...

Mam nadzieję, że krytyka będzie w miarę konstruktywna.

Blogosfera

→ Czytaj dalej artykuł Ocena polskiej blogosfery

Dziś nie będzie o Google (ale będzie jutro). Dziś będzie o tym, co właśnie mimochodem usłyszałem w TV i o ogólnej idei niepodległości.

→ Czytaj dalej artykuł Krótka refleksja o niepodległości Kosowa

Co jakiś czas czytuję książki o Kosmosie, Wymiarach, czy Hiperprzestrzeni, by nie zapomnieć, by odświeżyć poglądy itd... Tak też w ostatnich dniach powróciłem do "Hiperprzestrzeni" Michio Kaku.

Pisze on, że istoty trójwymiarowe nie mogą zobaczyć wyższych wymiarów, ponieważ te są nieskończenie małe, a w dodatku nie potrafimy ich sobie wyobrazić, zaś nasze zmysły już dawno przestały je postrzegać (jeśli kiedykolwiek to robiły). W książce przedstawiona jest wyraźnie teoria, iż mogą istnieć istoty żyjące w wyższych wymiarach, których nie widzimy i nie czujemy. One jednak mogłyby nas wyciągnąć do np. czwartego wymiaru przestrzennego, "obrócić" nas w nim i spowrotem umieścić w naszym świecie.

Jakkolwiek takie podejście wydaje się logiczne, zaś my, jako istoty trójwymiarowe nie widzielibyśmy nicponia w jego pełnym sensie wymiarowym, tak zadałem sobie pytanie: dlaczego nie ma istot dwuwymiarowych?

Istoty takie żyłyby na "kartce papieru", nieskończenie cienkiej, zaś my moglibyśmy je tak samo "wyciągnąć" do trzeciegu wymiaru, "odwrócić" i "włożyć" spowrotem. Tu się chwilę zastanowiłem. Czy aby na pewno?

Skoro istoty te żyłyby w dwóch wymiarach, ich "wielkość" w trzecim wymiarze byłaby nieskończenie mała. Skutkiem tego, nie potrafilibyśmy ich zobaczyć, tak samo, jak nie umiemy zobaczyć nieskończenie małych wymiarów wyższych. W moim mniemaniu, idealnego punktu, linii, czy płaszczyzny dwuwymiarowej nie sposób zobaczyć z trzeciego wymiaru, bowiem są nieskończenie cienkie w innych wymiarach, lub nie są w nich w ogóle określone.

Możliwe więc, że istnieją istoty dwu-, a nawet jednowymiarowe, których nie widzimy, a one nas. Istoty trójwymiarowe możemy zobaczyć, bowiem sami jesteśmy w pełni "określeni" w tych trzech wymiarach. Jeśli rozszerzyć to twierdzenie na czas, możemy dojść do wniosku, że w istocie w tym samym miejscu i różnym czasie mogą istnieć inne Wszechświaty i istoty, z którymi żyjemy w harmonii, nawet o tym nie wiedząc.

Na myśl przychodzi od razu wizja duchów, jednak jako osoba mająca pewien dystans (póki co) do wiary, nie podciągałbym tej teorii pod powyższy wywód. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że tak, jak my podejrzewamy, iż mogą istnieć istoty w wyższych wymiarach, tak też mogą istnieć w niższych. I wcale nie musimy widzieć tych drugich, podobnie jak tych pierwszych. Zaś one nas.

Dodatkowo, jeśli przyjąć propozycje Riemanna, jakoby siły elektrostatyczności, grawitacji i magnetyzmu były efektami zagięcia przestrzeni w wyższych wymiarach, można uznać, iż my możemy wywoływać pewne oddziaływania na istoty żyjące w niższych wymiarach, nawet sobie z tego nie zdając sprawy. Podobnie, jak istoty np. czterowymiarowe na nas. W takim porządku świata sens miałaby nawet definicja Boga, wysunięta w książce, jakoby była to istota określona w nieskończonej liczbie wymiarów. Tak więc mająca władzę nad wszystkimi niższymi.

Przyznam, iż ta koncepcja poruszyła mnie. Wczoraj, leżąc w środku nocy, opracowałem prototyp. Dzisiaj, na podstawie dwóch zdań zapisanych naprędce w komórce, rozwinąłem ją w trakcie pisania wpisu. Wraz z dalszą lekturą książki mogą pojawić się w mojej głowie nowe koncepcje... Jednak już tą uważam za coś nowego - podczas poprzednich lektur tej pozycji, nigdy nie wpadłem na taki oczywisty wniosek. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie...

W Internecie zagrzmiało od wiadomości o złapaniu przez policję tłumaczy napisów z napisy.org. Chciałbym wrzucić do tego swoje trzy grosze, bo albo ludzie faktycznie zgrywają głupa, albo się nie znają.

Zacznijmy od informacji prasowej i tekstów z samej gazeta.pl. Czytamy:

Osobiście wiem o 6 osobach (nie o 9 jak napisano), dwójka administratorów, trójka moderatorów oraz jedna tłumaczka, ciężko mi powiedzieć czy było więcej nalotów.Wszystkie naloty miały miejsce o 6 rano. Nie wiemy skąd wytypowali osoby do nalotu, dane osobowe żadnego użytkownika nie są dostępne publicznie.

Okay, ilość nie jest istotna. Ważniejsze, na jakiej podstawie _mogli_ zatrzymać tych ludzi panowie w niebieskim. "Dwójka administratorów"... Fakt, sami tłumacze nie posiadali profitów z umieszczania tłumaczeń. Ale czy administratorzy nie trzepali kasy z reklam i sklepów podłączonych pod serwis? Aha, czyli jednak na podstawie cudzego contentu (tłumaczonego, ale cudzego) ktoś coś zyskał. Co z resztą? Cóż... jedni mogą nie wiedzieć, a większość udaje, że nie wie - skoro ktoś tłumaczy filmy, nie ma cudów żeby nie miał pod ręką divxa do dopasowania czasów. W teorii, nie musi mieć. Ale bądźmy realistami. Na tej podstawie można wysnuć wg mnie niechybiony wniosek, że te osoby maczały palce w piractwie w ten czy inny sposób. "Dane osobowe żadnego użytkownika nie są dostępne publicznie" - ahem... kto nie czytał książki Mitnicka, niech przeczyta. Kto myśli, że jest w Internecie bezpieczny lub anonimowy - guess again. Szary użytkownik może dostać czyjeś dane, jeśli jest dobrym socjotechnikiem (nie wspomnę, jeśli hackerem). Jaki to problem dla policji z nakazem?

Inni narzekają, że tłumacze legalni są do niczego... miejscami, fakt. Ale nie cytujmy wulgaryzmów - to jest już kwestia stacji, czy chce demoralizować swoich widzów kosztem dobrego przekładu. Wcale się nie dziwię, że w tłumaczeniach nie lecą "kur___", bo i angielskie fuck nie ma raczej takiego brzmienia jak kurwa. Subiektywna opinia.

Nie wiem skąd informacje o 2000 płyt (zarekwirowanych w mieszkaniach zatrzymanych - red)- zakładam, że to kolejne kłamstwo policji.

A ja zakładam, że wystarczy, że jedna osoba handlowała CDkami. Czymże wtedy jest 2000 płyt? Osobiście płyt z backupami różnych prywatnych projektów mam kilkadziesiąt nagromadzonych przez lata. Mogę sobie bez trudu wyobrazić, że pirat nagrywa 20 filmów w czasie, gdy ja nagrywam 1 backup miesięczny ważnych danych.

Teraz odpowiedź na komentarz jpc:

Z jednej strony głupio chwalić się zwalczaniem jedynej grupy wśród wareziarzy, która cokolwiek robiła własnego (reszta się za przeproszeniem opierdala i kradnie na lenia). W dodatku nie brali za to żadnych pieniędzy.

Zrobiła własnego? Znaczy przetłumaczyła CUDZE napisy to jest zrobienie czegoś własnego? Bo wg mnie zrobienie cracka TO jest coś własnego - własna aplikacja, która modyfikuje cudzy kod. Co do "nie brali pieniędzy"... właściciele raczej brali. Z reklam. Poza tym, to, że coś ukradniesz i rozdasz za darmo nie umywa Cię od winy (nie mówię, że oni coś ukradli...).

I w końcu... tak na logikę i szczerość. Po co komu te napisy? Nie wierzę, że kupujecie oryginał i go modyfikujecie dla siebie tylko po to, żeby mieć "normalne" napisy, a nie cenzurowane. Fakt, że bywa bardzo często, że oglądając film go doceniamy i sięgamy po oryginał, nie umniejsza, że ta strona sprzyjała piractwu. Że szkoda, to wiadomo, ale takie jest prawo i jak się ktoś bawi w taką grę (przy okazji profitując - dumbest thing ever), musi się przygotować na porażkę. Last but not least... tu nie chodzi o tłumaczy. Po nitce do kłębka - nie liczcie, że teraz zaczną się zatrzymania 600 tys. użytkowników. To pójdzie w drugą stronę i w ten sposób można to jakoś uzasadnić - od kogoś trzeba zacząć.

Hacking.pl to kolejna ofiara poruszenia, jakie wywołało w Internecie wystąpienie na antenie TVN goriona. Poprzednio, hackerzy wyrażali swój brak poparcia, podmieniając witryny serwisów hack.pl, ihack.pl oraz 7thguard.net. Zrzuty z ataku widnieją: tu, tu i tu. Hacker, podpisujący się nickiem kotecek, wkleił życiorys osoby będącej sprawcą poruszenia, dając do zrozumienia, co myśli o lansingu, podobnie jak autorzy poprzednich ataków.

Niezaznajomieni z sytuacją powinni wiedzieć, że gorianowi zarzucane jest kilka czynów, jednak zapewne najbardziej poruszyło hackerów podsumowywanie ich jako "włamywaczy", co zostanie na pewno jednoznacznie odebrane przez większość widzów. Poza tym, zainteresowanemu zdarzały się wpadki, które skrzętnie (acz słusznie) wytykane są przez wielu internautów. Część z nich posunęła się do niezbyt etycznego, publicznego prania burdów, które jednak pokazuje trochę inne oblicze goriana - kompromitujące. Sytuacji nie polepszyła próba umieszczenia wpisu o samym sobie na Wikipedii, czy grożenie ircopom oraz współjoggerowcom.

Opinię na ten temat każdy powinien wyrobić sobie sam. Na pewno dobrze się stało, że problem zabezpieczeń rządowych został wyciągnięty na światło dzienne, jednak wg mnie, nie w najlepszym stylu. Nie zostały bowiem powiedziane żadne konkrety na temat poprawy sytuacji. Sam gorian spotkał się z efektami bycia popularnym - błędy z przeszłości trudno wymazać (jak komentarze na własnym blogu), ale błędy popełniane w teraźniejszości - jeszcze trudniej.

Cały ten wpis jest poświęcony czemuś, na co czekałem długo. Widać bowiem wreszcie siłę Internetu. Tak, jak potrafiliśmy wypromować Kononowicza (oglądając wyniki miałem w głowie "TO MY"), tak potrafimy przedstawić obiektywnie sytuację innej osoby. Jestem pewien, że to medium będzie kiedyś kluczowym - już teraz, wg mnie, lepiej podpaść prasie, niż Internautom. Zresztą, sami oceńcie.

Rozumiem, że strajk to pewien dosyć skuteczny sposób zwrócenia na siebie uwagi innych. Ciężko mi jednak zaakceptować to, co ostatnimi czasy dzieje się w Polsce. Mówię, rzecz jasna, o strajku listonoszy.

Są pewne klasy pracujące, dla których strajk jest nawet nie tyle odpowiednim, co byćmoże jedynym sposobem osiągnięcia jakiegoś skutku. Są to np. górnicy, stoczniowcy itp.. Z kolei inne zawody, wg mnie, zupełnie nie nadają się do tego typu "wołań o pomoc". Sprawa jest bowiem prosta: górnicy czy stoczniowcy mają szansę na zmianę decyzji związku, czy zarządu. Zazwyczaj chodzi o konkretne oddziały, coś da się zrobić.

Czy jednak listonoszowie na prawdę liczą na podwyżkę płac w całym kraju? I to (z tego, co słyszałem), o conajmniej kilkadziesiąt złotych? W skali kraju, dla kilku, zapewne, tysięcy osób, kwota nie jest mała. Szansa na odniesienie sukcesu jest więc marginalna - w jedności nie zawsze siła.

Teraz przeanalizujmy skutki takiego nieodpowiedzialnego postępowania, jakim wykazali się pracownicy Poczty Polskiej, odczułem je bowiem (i wciąż odczuwam) na własnej skórze. Oczekiwałem na pilne nadesłanie umów z Warszawy (do Wieliczki)... szły 2 tygodnie... w jedną stronę... priorytetem! Kolejnych wciaż nie otrzymałem, już ponad 2 tygodnie minęły... A wierzyciele czekają. Teraz przemyślmy, co mają zrobić np. ludzie starsi, nie mogący iść na pocztę z powodów zdrowotnych, potrzebujący wypłat na leki. A co z wezwaniami do zapłaty? W ciągu trzech dni, a list dochodzi po tygodniu? Tak, otrzymałem taki. Nie jeden!

Sprawa sprowadza się do tego, że pewne klasy nie powinny mieć prawa do strajkowania, mając inne przywileje wzamian (jakie? od czegoś mamy rząd...). Dla mnie to tak, jakby pilot samolotu w trakcie lotu stwierdził "ja teraz strajkuję" i na godzinę zostawił stery. Ekstra, po prostu genialnie...

Jak niektórzy mogą wiedzieć, studiuję Informatykę Stosowaną na wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. Chciałbym kilka słów poświęcić na opis moich wrażeń po dwóch miesiącach studiowania na tym kierunku.

Zacznę może od tego, jakie miałem plany za czasów liceum. Mój tata skończył Telekomunikację na AGH, panuje również opinia, jakoby AGH był bardziej "techniczną" uczelnią, stąd moje pierwsze plany składały się głównie z Informatyki Stosowanej na AGH. Wraz ze zbliżaniem się matury, zacząłem się bardziej interesować wyborami, których mogłem dokonać. Mimo, że interesowałem się uczelniami już w drugiej klasie liceum, nie załapałem się na żaden z dni otwartych którejkolwiek z krakowskich uczelni. Moim przewodnikiem były więc ulotki oraz informacje, które zdołałem wydobyć na Krakowskich Dniach Nauki. Po przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że w kwestii IT w Krakowie jest w sumie niewielki wybór: jest AGH, na którym dużo jest fizyki oraz hardware'u, jest Politechnika Krakowska, na której jest mnóstwo hardware'u oraz trochę fizyki, oraz UJ, który szczególnie ze ścisłych przedmiotów nie słynie. Z obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że doskonale oceniłem programy kierunków na tych uczelniach: z przekazów kolegów wiem, że faktycznie jest, jak podejrzewałem. Są oczywiście jeszcze inne uczelnie: Akademia Pedagogiczna, Akademia Rolnicza, Papieska Akademia Teologiczna, Akademia Ekonomiczna... ale to są "niższe ligi", w dodatku nie oferujące tak dobrego nauczania IT, jak wcześniej przedstawione szkoły.

Moje wstępne plany obejmowały złożenie papierów właśnie na AGH, PK i UJ. Studiowanie ulotek oraz matura nieco zweryfikowały te marzenia: nie dość, że preferuję IT software'owe, to 44% z matematyki nie stawiało mnie w zbyt różowej (żeby nie powiedzieć: fatalnej) sytuacji. Złożyłem więc papiery na Informatykę na UJ (dzienna - nadzieje mieć trzeba, oraz zaoczna - tzw. rezerwa) oraz na AP (dzienna informatyka - spodziewałem się przyjęcia w cuglach, jako że do punktacji doliczany był w znacznej mierze język angielski, czyli 100% i 82%, oraz na dzienną filologię angielską - niech żyje spontaniczność). W obecnym czasie sądziłem, że pozostanie mi wybór między zaocznymi studiami na UJ, a dziennymi na AP. Z dwojga złego, lepsze wydawało się zaciągnięcie kredytu studenckiego i studia na najlepszej uczelni w kraju, choćby zaoczne. Wyniki rekrutacji mnie lekko zaskoczyły: na UJ na dzienne się nie dostałem (to akurat było do przewidzenia), na AP podobnie (tu lekki szok...). Liczyłem jeszcze na drugą rekrutację na informatykę na AP - na rezerwie byłem całkiem niedaleko, na UJ - 20. Ku mojemu zaskoczeniu, zwolniły się jednak miejsca na UJ (widać ci, którzy się dostali, składali tu papiery w ramach rezerwy od AGH) i zostałem przyjęty :)

Przyszedł więc czas studiów, które rozpocząłem na oficjalnej inauguracji, dostając jako reprezentant kierunku, indeks od dziekana. Tym samym uniknąłem kolejki do sekretariatu... chociaż sekretarki na moim wydziale są na prawdę bardzo miłe :) Przyszło mi wybierać, do jakich grup ćwiczeniowych chcę się zapisać. W praktyce oznaczało to, że sam sobie dobieram harmonogram, poza nieobowiązkowymi wykładami. Trochę chodzenia po internecie, poznawania przyjacielskich studentów i miałem już gotowy idealny plan zajęć, który udało mi się bez problemu przeforsować. Dziś mój harmonogram wygląda w praktyce tak: w poniedziałek 4 godz. ćwiczeń (w tym programowanie, na którym gadam na gg; co dwa tyg. dodatkowo 2h ćw. z architektury komputerów) oraz 2h ciekawych wykładów... wtorek - wykład z programowania - czyli wolne, środa - w pełni wolne, w czwartek jeden ciekawy wykład, natomiast w piątek 4 godz. ćwiczeń (w tym 2 to małe piwo) oraz nieciekawy wykład, czyli wolne :) Innymi słowy, luzy są nieziemskie, czasu dużo, a na zajęcia chodzi się bezstresowo. Nieobecności dozwolone (ok. 2 dla każdych ćw.), usprawiedliwienia wysyłane mailem są akceptowane, ogólna komunikacja z profesorami via mail jest b. szybka, a dodatkowo otrzymuję wieczystą licencję na wszystkie produkty Microsoftu, naturalnie za darmo. Atmosfera jest wspaniała, wykłady ciekawe, czas można bez problemów naginać, zaś poziom mimo wszystko jest wysoki. Reguły gry są jasne: zapowiadane z wyprzedzeniem kolokwia, opcjonalne zwolnienia z egzaminów sesyjnych w przypadku dobrych wyników... Mało tego: w poprzednim roku na moim kierunku były 4 dziewczyny na 90 osób... w tym stanowią ok. 1/3 całości, a jest na co popatrzeć. Studenci innych uczelni tylko ślinią się na te wszystkie dogodności, zaś AGHowcy mają zapieprz i kolokwia niezapowiedziane na obowiązkowych wykładach - oj, nie chciałbym być w ich skórze...

By nie pozostać idealistą, wypowiem się też na temat jedynej słabej strony, którą widzę na swoim wydziale: studenci. Są to w większości dumne osły, z którymi nie sposób zamienić słowa na tematy niezwiązane z nauką, lub "kozaki", które myślą, że są cool bo raz w tygodniu pojadą do klubu. Na szczęście są na to rady: ludzie z innych uczelni (ukłon w stronę Politechniki) są bardzo mili i jest z nimi o czym mówić, toteż co przerwę tam właśnie się udaję - problem z głowy :)

Podsumowując, w ostatnim stadium liceum moim największym marzeniem było trafienie tu, gdzie jestem, a z obecnej perspektywy, lepiej trafić nie mogłem. Viva FAIS, viva UJ!

Jakis czas temu pisalem o tym, ze to wina glownie producentow, iz audio cd sprzedaja sie jak sprzedaja i sa piracone. Oto, co mi przyszlo do glowy:
1) obnizyc bit rate utworow, by zmiescic ich wiecej
2) dolaczyc wersje karaoke kazdej piosenki
3) dolozyc lyrics do kazdego utworu z ustawionymi czasami, by mozna je bylo podpiac pod jakis wspolny program.
Do tego chodzi mi po glowie by do utworow dolaczac wkodowany cdkey (zahaszowany), dzieki czemu tylko wlasciciel by mogl odtworzyc mp3 - to jest kwestia do przemyslenia, ale cos by sie pewnie dalo zrobic zeby utrudnic zycie piratom.
Tak czy siak, ja bym kupil chetniej cd na ktorym by byly wersje karaoke utworow - chyba kazdy ma dosc midow z dziadowskimi piosenkami i niedopracowanymi tekstami.
Wszyscy przychodza do pracy, patrza na maila - w kij "spamu" sie nazbieralo przez weekend, ida na kawke bo sa zmeczeni po weekendzie i niechetni do roboty, wszystko odkladaja na wtorek... nie przypominam sobie, zebym dostal jakas odpowiedz od jakiejkolwiek firmy w poniedzialek. To jakas plaga chyba :/ grrrr a ja tu czekam....
Z czego oni w ogole sie utrzymuja? Przeciez tam poza meczami nie ma _ani_jednego_ ciekawego programu, prezenterki, reklam, seriali, niczego! Raz do roku mozna wlaczyc to dziadostwo na Kevina samego tu i owdzie, a tak.... wlasnie daja 3 pod rzad reklame jakiegos proszku, tym razem z Heizerem w roli glownej. Litosci... powiem wiecej, pan Lis, ktorego za czasow TVN dosyc lubilem, zdegradowal sie calkowicie. Co ciekawe, znam takich, ktorzy oczywiscie popieraja moja ocene tej stacji, ale z zaznaczeniem, ze czasem jest cos ciekawego (miodowe lata, kiepscy, posterunek 13, kuba wojewodzki, czy nawet idol). I w tym momencie mi i tak szczeka opada - przeciez juz nizej zejsc nie mozna! Nie dosc, ze to wszystko plagiaty z innych stacji, to w jakosci wiadomej. Chlam, chala... jak to inaczej nazwac? Skad ten wywod? Ano trafilo mi sie kilka razy od wielu lat wlaczyc ten na maxa sniezacy kanal (nadajnik jest widoczny golym okiem z okna) celem zobaczenia meczu na mistrzostwach. Oczywiscie nie bylby to polshit, gdyby nie wladowali super komentatorow, ktorych trzeba niestety mute-nac, bo sie ogladac nie da. Niesamowite... ta stacja nigdy nic nie miala ciekawego a wciaz trwa! Moze powinni zmienic nazwe na Trwam? Prawie by na jedno wyszlo.
Rozumiem, ze DI to pismo. Jest nastawione na zysk. I niech sobie bedzie. Krytycznie jednak patrze na cos takiego - wyglada jak encyklopedia wiem onetu. Z niecierpliwoscia czekam, az przyjdzie ktos, kto stworzy newsowa wikipedie, bo tego potrzeba. Oczywiscie w innej oprawie - tamtejsza ilosc reklam, ich umiejscowienie oraz mnogosc linkow do takich bzdur jak "porady dla webmasterow" szacownego reporter.pl az razi po oczach, bo co link, to inny kolorek. Sprawa jest prosta: trzeba odpowiednia webinside.pl, jednak obejmujacego troszke szersze tresci (moze inaczej: czesciej aktualizowanego). Ladny lay (chociaz srednio praktyczny), konkretne informacje dla _internautow_ (czyli NIE dla dzieci lub dziadkow ktorzy raz na tydzien wejda na net i patrza co jest grane na newsach onetu - pospolstwu mowie NIE). Dobrym pomyslem byla infojama, ale cos podupadla. Pozostaje wiec korzystanie z rss feeds vortalowych, co mnie osobiscie jak najbardziej urzadza. Ewidentnie jednak brakuje mi ciekawostek takze z innych poddziedzin informatyki. Powinno byc od profesjonalistow, dla profesjonalistow, texty opensource i BEZ platnych archiwow (to mnie najbardziej wkurza w tych wszystkich chipach, di itp... rozumiem szczegoly aukcji, info na gratce... ale... no comments). Ktos by powiedzial - takis madry, zrob sam. Bardzo chetnie, tylko niech ktos mi odda kase za stracony czas na rzecz dobra sieci. Znam jednak nie malo takich, ktorzy juz sie dorobili serwisow przynoszacych staly dochod z reklamy i jak to kiedys moj znajomy powiedzial "moze skoro juz sie nazra tyle tej forsy to z nudow pomysla ze moznaby cos moze zrobic faktycznie dobrego dla swiata". Ot, taka refleksja.
Obejrzałem film. Do wiary katolickiej nabrałem pewnego dystansu, gdy uświadomiłem sobie, że wpojono we mnie wiarę, której podstaw nie znam. W pewne rzeczy wierzę (zapewne dzięki temu wpajaniu), ale zanim określę swój stosunek - chcę przeczytać Biblię od deski do deski. Film początkowo wywołał na mnie złe wrażenie - śmierć, podczas której genialny doktorek zdążył powymyślać zagadki i poukrywać wskazówki, że bym ich za tydzień nie rozkminił. Potem mamy do czynienia z mnóstwem zbiegów okoliczności, kluczowymi znajomościami głównych bohaterów itp.. Jednak nie sądzę, by na tym ten film miał polegać, by takie przesłanie miało po nim pozostać. Zwracam uwagę na przedstawione "fakty" - historię Świętego Graala, zbieżności w obrazach (swoją drogą - zdeczkę ich sporo i brzmi to wszystko jak szukanie dziury w całym, zapętlanie tak, że dzielenie przez zero nie stanowi problemu) itp.. Jednak to, że coś jest bardzo zagmatwane, bynajmniej nie znaczy, że nie prawdziwe. Toteż zaraz po seansie zacząłem googlać za "da vinci code". Wyniki mnie bardzo zaskoczyły - większość atakuje ten film, obwołuje herezjogennym, niezgodnym z historią. Po prostu mi szczęka na coś takiego opada. Właśnie skończyłem matury, na które przygotowywali nas pod hasłem "argumenty, argumenty, i jeszcze raz argumenty". Tymczasem nie znalazłem ani jednego, tak na poparcie, jak zaprzeczenie przedstawianych tez. Bliżej mi już do uwierzenia w teorie przedstawione w filmie, bowiem zapewne autorzy nie pokazaliby zmienionego obrazu Da Vinciego, czy zmodyfikowanej wersji ewangelii Marii Magdaleny - takie działanie na wstępie by przekreśliło film. To więc, co ujrzałem w internecie, to istna nowomowa - nagonka na film (może i słuszna, ale - argumenty!). Oczekiwałem konkretnych wskazań nieprawidłowości (cytat z filmu/książki i fakt historyczny/cytat z Biblii lub jednej z ewangelii), nie znalazłem ich. Tym samym moim priorytetem stało się dorwanie do książki i jej lektura. Ogólnie jestem przeciwny wszelkiej krytyce, nie popartej argumentami - licze więc, że "krytyka Kościoła" o której czytałem w necie jest w istocie poparta przykładami (o ile faktycznie taka krytyka ma miejsce). Jeśli nie, to należałoby się zastanowić kto tu traci w oczach. Ja tymczasem rozpoczynam poszukiwania Kodu - dziś dzień dziecka, za tydzień urodziny - może uda się go upolować :)
"przeciez z osoba z ktora nie da sie powaznie rozmawiac nie zalozylbym kkd"
Byłem dziś u znajomych, z którymi zaliczyłem Turcję i Grecję. Piękne wspomnienia, mowy o polityce, pracy, szkole... słowem kupa śmiechu... i, co istotne, wyrażenie chęci zaliczenia jakiegoś odległego kraju w tym roku :) Okazało się, że ostatnio ciśnienie lekko podskoczyło panowi tamtejszemu domu. Wydał więc 180zł (!) na urządzenie robiące automatyczny pomiar, sprawdzające rytm serca itp.. Moje ciśnienie wyniosło 161/72 - takie, przy jakim lekarz zalecił właścicielowi leczenie :) Czułem jednak buchające serce w tamtych chwilach, bowiem emocje wzbudzane podczas rozmowy z tymi ludźmi są zaiste spore :) Doradzono mi czuwanie nad swoim ciśnieniem...

Refleksję mojego taty z dzisiejszego wieczoru uważam za wartą zapisania. Doszedł on bowiem do wniosku, że rozwój mediów spowodował drastyczne zmniejszenie świadomości powagi wydarzeń lokalnych. Niegdyś ważne było, kto umarł we wsi. Pamiętało się, kto zginął w walce między wsiami. Ludzie spędzali długie lata rozmyślając, "co Chrystus chciał przekazać, unosząc rękę pod takim kątem", rozmyślali nad przesłaniami Mickiewicza. Obecnie każdego dnia media informują nas o istotnych, wielkich wydarzeniach. Nie mamy jednak nawet w pełni czasu przemyśleć ich, bowiem już podsuwane nam są kolejne informacje. Tym samym na ważności tracą wydarzenia lokalne - nie istotne jest już, że ktoś w mieście umarł. Przecież gdzieś indziej są dużo większe liczby, robiące wrażenie. Poza tym, oto nadchodzi następna informacja, jeszcze świeższa i istotniejsza, niż poprzednia. Mało kto już mówi o zawaleniu się dachu na tagrach w Katowicach (śmierć bodajże 66 osób), bo tą informację zastąpiła świeższa - o większej liczbie ofiar zawalenia się dachu w Moskwie. Możnaby dojść do wniosku, że wydarzenia są tak szybko nam podsuwane, że nawet przyjście Jezusa by nie wywołało większego poruszenia. "No tak, zbawił. Następna informacja, dalej!". Siedzimy więc w fotelach i powiadamy: "Patrzcie (wskazując na TV), TU jest prawdziwa powódź! Co mi tam, że mam wodę pod progiem, to żadna powódź!".

Powrót... Komunikator otworzyłem o godzinie 23:10... z dziesięciu pozostawionych wiadomości otworzyłem najpierw tę, która okazała się łańcuszkiem... co ciekawe, znajdował się w nim przypis: "Przeslij te wiadomosc do swoich przyjaciól i cos dobrego przydarzy ci sie jeszcze dzis wieczorem, do godziny 23:11". Hm. What are the odds?
Właśnie dostałem spam na komórkę - powiadomienia o wszystkich testowych mailach jakie do siebie wysłałem na skrzynkę orange.pl. W sumie nieźle, bowiem usługę powiadamiania uruchomiłem 29 grudnia 2005, zaś BOK Orange oczywiście na nieprzychodzenie powiadomień rzucał mi radami w stylu "proszę zaznaczyć kwadracik na stronie" lub "proszę poczekać dzień na przyjście wiadomości". I to każdego dnia, bo zostawiłem im swój nr telefonu, i najwyraźniej ci bardziej ambitni litowali się i dawali swoje trafne porady. Cóż... jestem mile zaskoczony, że tylko 3 miesiące borykali się z problemami... ciekawe kiedy ja i znajomi przestaniemy dostawać smsy o treści "brak treści wiadomości". Jak to powiedział ktoś w moim towarzystwie ostatnio: "jest szansa, że jak już będą mieć taki monopol i tyle forsy, że im uszami będzie wychodzić, to stwierdzą - a zróbmy z nudów coś jak należy". Pierwotnie odnosiło się to do polityków, ale tu też pasuje...
Oglądam sobie właśnie program o fokach. Myślę, jak im fajnie, że są takie zwinne, mogą tak szybko i głęboko pływać, mają tyle miejsca... postawiłem się jednak na chwilę na miejscu takiej foki: co ona mogłaby powiedzieć o człowieku? "Jak mu fajnie, jest taki zwinny, może tak szybko biegać, ma tyle miejsca"... A przecież większość Ziemi pokrywa woda. Organizmy, żyjące wewnątrz Ziemi mają jeszcze więcej miejsca, niż te foki. Ach, jak tym kretom fajnie - tyle miejsca, mogą tworzyć takie fajne korytarze. Nie wspominając już o ptakach - one przecież mają najwięcej miejsca do latania, do życia. Myślę więc i dochodzę do wniosku, że to wszystkie organizmy z pozostałych "miejsc żywotów" (woda, ziemia, niebo) powinny i mają czego zazdrościć nam - bo przecież mamy możliwość zwiedzania najmniejszego z tych światów, a zarazem najbardziej zróżnicowanego, dającego najwięcej możliwości. Dzięki temu, że żyjemy na powierchni ziemi, udało nam się zdobyć niebo i głębiny ziemi. Pływać nauczyła nas natura. W sumie zazdrościć im wszystkim możemy tylko miejsca do życia... które i tak zdobyliśmy, choć nie dla nas zostało stworzone.
Kolega mi dziś zaproponował, żebym z nim pojechał do Luton w Anglii na studia. Gwarantowane wejście na uczelnie i praca... Jednak to na 4 lata... Trochę mnie może ciągnie, ale jako realista muszę przyznać, że do Polski bym pewnie nie wrócił na stałe - nie ma siły, bym przez 4 lata nikogo nie poznał, nie zadomowił się... a narazie jestem chyba za młody by decydować, gdzie spędzę resztę życia...
Nie przesadzę, jeśli powiem, że od początku roku 50 razy byłem na sali w LO celem pogrania w nogę. Dziś pobiliśmy rekord - 12 osób obecnych :) Wszystko mnie boli, ledwo chodzę, ale przyjemność jest wielka. Dwie i pół godzinki z życiorysu, zakończone wejściem tłumu siatkarek szukających "faceta z fotka.pl" :)
Co do reszty dnia... wczoraj do późnych godzin nocnych siedziałem z paroma osobami i myśleliśmy, co zrobić z dzisiejszym sprawdzianem z trygonometrii, na który nic nie umiemy (w moim przypadku najsłabszy dział matmy). Doszliśmy do wniosku, że pójdziemy i spróbujemy go przełożyć... chcieliśmy jak nigdy, wyszło jak zawsze :) Na kilka dziś pytanych osób, nikt nie był w szkole :) Co do mnie - zaspałem na 9:50...
Po południu sms od instruktora jazdy - jeździmy o 15:00. Trudno, zgodziłem się i przełożyłem football na 16:00 (a wraz ze mną 11 innych osób). Godzina 14:30 - sms: "zmiana planów. jeździmy o 16". To jest jedna z rzeczy, które mnie najbardziej denerwują. To, że niektórzy nie liczą się w ogóle z planami innych, nie widzą problemu w swojej nieobecności na umówionym spotkaniu. Z tego też powodu wynikały spore komplikacje na zeszłorocznych wakacjach w Grecji. Wtedy myślałem, że ktoś przesadza, że czas nie jest taki istotny. Teraz stał się również dla mnie priorytetem, zaś wystawka - najgorszym złem. Jazdy oczywiście odmówiłem...

Przeczytaj najpopularniejsze artykuły!

Katastrofy tam
Największe tamy na świecie i ich katastrofy
Tsunami
Największe tsunami w historii ludzkości
 
Rozmowa kwalifikacyjna w Google
Rozmowa kwalifikacyjna w Google
Pisanie artykułów za pieniądze
Jak zdalnie zrobić karierę redaktora?
Pozycjonowanie bloga
Jak udoskonalić i wypromować bloga?
Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna: IBM
Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna - IBM