W nawiązaniu do relacji z Dni Otwartych UJ oraz wpisu od licealisty do studenta i dlaczego kocham UJ napisały do mnie już dziesiątki osób.

Przedstawiam więc więcej informacji na temat tego kierunku na UJ i AGH wraz z porównaniem Informatyki na Wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ oraz tej na Wydziale Matematyki i Informatyki UJ.

Przy okazji wspomnę słowem o progach i samym studiowaniu tego kierunku.

Zapraszam do lektury, Maturzysto :)

Logo UJ

→ Czytaj dalej... (15 komentarzy)

Podobnie jak w zeszłym roku, tak i w tym uczestniczyłem w Dniach Otwartych Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Okazuje się, że te dwie imprezy bardzo się różniły pod względem organizacji, nastawienia pytających i pytanych, frekwencji, wymagań kwalifikacyjnych, a wreszcie - moich odczuć.

Na podstawie tego wszystkiego mogę śmiało powiedzieć: coś bardzo złego dzieje się z nauczaniem przedmiotów ścisłych w szkołach średnich.

Ale po kolei...

Zdjęcie z Dni Otwartych UJ 2008

→ Czytaj dalej... (9 komentarzy)

Co jakiś czas czytuję książki o Kosmosie, Wymiarach, czy Hiperprzestrzeni, by nie zapomnieć, by odświeżyć poglądy itd... Tak też w ostatnich dniach powróciłem do "Hiperprzestrzeni" Michio Kaku.

Pisze on, że istoty trójwymiarowe nie mogą zobaczyć wyższych wymiarów, ponieważ te są nieskończenie małe, a w dodatku nie potrafimy ich sobie wyobrazić, zaś nasze zmysły już dawno przestały je postrzegać (jeśli kiedykolwiek to robiły). W książce przedstawiona jest wyraźnie teoria, iż mogą istnieć istoty żyjące w wyższych wymiarach, których nie widzimy i nie czujemy. One jednak mogłyby nas wyciągnąć do np. czwartego wymiaru przestrzennego, "obrócić" nas w nim i spowrotem umieścić w naszym świecie.

Jakkolwiek takie podejście wydaje się logiczne, zaś my, jako istoty trójwymiarowe nie widzielibyśmy nicponia w jego pełnym sensie wymiarowym, tak zadałem sobie pytanie: dlaczego nie ma istot dwuwymiarowych?

Istoty takie żyłyby na "kartce papieru", nieskończenie cienkiej, zaś my moglibyśmy je tak samo "wyciągnąć" do trzeciegu wymiaru, "odwrócić" i "włożyć" spowrotem. Tu się chwilę zastanowiłem. Czy aby na pewno?

Skoro istoty te żyłyby w dwóch wymiarach, ich "wielkość" w trzecim wymiarze byłaby nieskończenie mała. Skutkiem tego, nie potrafilibyśmy ich zobaczyć, tak samo, jak nie umiemy zobaczyć nieskończenie małych wymiarów wyższych. W moim mniemaniu, idealnego punktu, linii, czy płaszczyzny dwuwymiarowej nie sposób zobaczyć z trzeciego wymiaru, bowiem są nieskończenie cienkie w innych wymiarach, lub nie są w nich w ogóle określone.

Możliwe więc, że istnieją istoty dwu-, a nawet jednowymiarowe, których nie widzimy, a one nas. Istoty trójwymiarowe możemy zobaczyć, bowiem sami jesteśmy w pełni "określeni" w tych trzech wymiarach. Jeśli rozszerzyć to twierdzenie na czas, możemy dojść do wniosku, że w istocie w tym samym miejscu i różnym czasie mogą istnieć inne Wszechświaty i istoty, z którymi żyjemy w harmonii, nawet o tym nie wiedząc.

Na myśl przychodzi od razu wizja duchów, jednak jako osoba mająca pewien dystans (póki co) do wiary, nie podciągałbym tej teorii pod powyższy wywód. Chcę jedynie zwrócić uwagę, że tak, jak my podejrzewamy, iż mogą istnieć istoty w wyższych wymiarach, tak też mogą istnieć w niższych. I wcale nie musimy widzieć tych drugich, podobnie jak tych pierwszych. Zaś one nas.

Dodatkowo, jeśli przyjąć propozycje Riemanna, jakoby siły elektrostatyczności, grawitacji i magnetyzmu były efektami zagięcia przestrzeni w wyższych wymiarach, można uznać, iż my możemy wywoływać pewne oddziaływania na istoty żyjące w niższych wymiarach, nawet sobie z tego nie zdając sprawy. Podobnie, jak istoty np. czterowymiarowe na nas. W takim porządku świata sens miałaby nawet definicja Boga, wysunięta w książce, jakoby była to istota określona w nieskończonej liczbie wymiarów. Tak więc mająca władzę nad wszystkimi niższymi.

Przyznam, iż ta koncepcja poruszyła mnie. Wczoraj, leżąc w środku nocy, opracowałem prototyp. Dzisiaj, na podstawie dwóch zdań zapisanych naprędce w komórce, rozwinąłem ją w trakcie pisania wpisu. Wraz z dalszą lekturą książki mogą pojawić się w mojej głowie nowe koncepcje... Jednak już tą uważam za coś nowego - podczas poprzednich lektur tej pozycji, nigdy nie wpadłem na taki oczywisty wniosek. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie...

Po poprzednich wpisach na temat wykładu o studiach w moim lo oraz Dniach Otwartych UJ przyszła pora na Festiwal Nauki w Krakowie. Nie trudno zauważyć, że już na pierwszym roku staram się nie zasypiać gruszek w popiele i chwytam, za co się da ;)

W tym właśnie problem, przy okazji tej imprezy. Dojrzałem wywieszoną kartkę, iż poszukiwani są chętni do pomocy w reprezentacji naszego wydziału na Festiwalu Nauki. Długo nie myśląc, zaplanowałem wbicie na spotkanie organizacyjne 15 maja, we wtorek (co ciekawe - już w trakcie trwania festiwalu...).

Natura jednak miała inne plany, i jak wyszedłem kupić klemę do sklepu, tak lunęło deszczem rzęsistym i potężnym, a następnie spadł grad, którego wielkość w przybliżeniu była równa opuszkom palców poczynając od paznkocia - czyli całkiem spory. Możliwe, że największy, jaki widziałem. Temperatura była wybitnie dodatna, więc wracając do domu po rzekach, w które zamieniły się ulice i chodniki, obserwowałem fantastyczny efekt parowania gradu znad traw - fantastyczna mgiełka... Rewelacyjna sprawa.

Nie miałem jednak już ochoty jechać w taką pogodę na spotkanie, więc stwierdziłem, że podobnie jak w przypadku Dni Otwatych, załatwię sprawę mailowo. Pan odpowiedzialny za nasz wydział skierował mnie do pana odpowiedzialnego za mój kierunek. Ten jednak nie raczył odpisać na maila. Pofatygowałem się więc do niego, ale usłyszałem tylko, że wszystkie stołki są już obsadzone i będziemy organizować prezentację jakże ciekawych wyrenderowanych przez naszych studentów grafik. Szczęka mi opadła, pogodziłem się z porażką i odpuściłem... Potem nawet się nie pofatygowałem na Rynek w ramach odwiedzin, jak co roku - brak czasu, chęci... Nie tak to miało być. Trudno, za rok osobiście dopilnuję, żeby było wypaśnie.

Trochę jednak wyciągnąłem z całego zajścia. Otóż uświadomiłem sobie, że prezentacje z ciekłym azotem, wahadłem Maxwella, walizką i innymi bajerami, które zawsze najbardziej mnie (i innych zresztą też) przyciągały były (i są) prowadzone... przez mój kochany wydział :) Dziwną sprawą wydaje mi się fakt, że Instytut Matematyki i Informatyki ma kasę na organizację konkursów na festiwalu z nagrodami (pendrive'y), natomiast nasza Informatyka klepię biedę. Trzeba będzie to naprawić. Poza tym, poczytałem informator festiwalowy... I kto wymyślił Festiwal? Oczywiście, aktualny Rektor UJ, Karol Musioł, w 2000 roku.

W ostatnich dniach poszukiwałem pokoju dziekana... patrzę, a tu na drzwiach "Prof. dr hab. Karol Musioł" - kolejny szok. Rektor naucza na moim wydziale! Ba, prawdopodobnie będę miał z nim osobiście przyjemność mieć zajęcia na III roku, wg Adrianny (pozdrówka :P). Fajnie, będzie niedaleko do pójścia w sprawach inicjatyw... a tych mam sporo w planach ;)

Chociaż sam Festiwal nie wypalił dla mnie tak, jak chciałem, trzeba powiedzieć, że uczestniczenie w takich eventach jest bardzo przydatnym i świetnym doświadczeniem. Serdecznie zachęcam :)

Jak pisałem w poprzednim wpisie, w trakcie przygotowywania wykładu na temat studiów dla maturzystów, pojawiła się okazja uczestniczenia w Dniach Otwatych UJ.

Okazja ta ujawniła się w formie karteczki na tablicy ogłoszeń mojego roku. Nie byłem wprawdzie na spotkaniu organizacyjnym, jednak kochana Adrianna, która była odpowiedzialna za nasz wydział, odpisywała na maile i smsy, skutkiem czego pojawiłem się w piątek 30 marca o 9:00 w Audytorium Maximum (ten bunkier na Krupniczej ;)). Poszedłem na czuja i trafiłem do, z pozoru, niewielkiej sali, gdzie panował jeden wielki burdel.

Dni Otwarte UJ

Obszedłem go dookoła i znalazłem stanowisko Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej tuż przy drzwiach, którymi wchodziłem. Chwilę się pokręciłem, aż trafiłem na Adriannę - bardzo miła osoba ;) Obdarowała mnie koszulką Samorządu Studenckiego (do którego jeszcze nie należę ;)) i wspólnymi siłami z kilkoma osobami doprowadziliśmy, mniej więcej, do ładu i składu nasze rozległe stanowisko. Zamieszania było sporo, ale na 10:00 (otwarcie dla licealistów) niemal wszystko było już gotowe przy wszystkich stanowiskach. (Na poniższym zdjęciu jestem na pierwszym planie ;))

Dni Otwarte UJ

Darmowe kalendarze, długopisy i smycze zniknęły już przy pierwszej fali odwiedzających, więc kto nie wziął sobie na pamiątkę egzemplarza - miał czego żałować ;) Ja przywłaszczyłem sobie kalendarz skomponowany pod studentów UJ, bowiem właśnie polowałem na jakiś terminarz, a kasy żal było. Oraz smycz dla siebie ;)

Dni Otwarte UJ

Ludzi przewijało się sporo, łącznie gdzieś z 30 na godzinę do samej Informatyki Stosowanej. Początkowo myślałem, że będę kiepską pomocą, bowiem pojawiły się Kasia i Gosia z III roku Infy - wiedza na pewno obszerniejsza... Kilka pierwszych pytań... i okazuje się, że tylko ja znam zeszłoroczne progi (swoją drogą - na Informatykę było to ok. 40% z matury rozszerzonej z matmy lub infy - szok dla pytających i pytanych ;)) i aktualne warunki na pierwszym roku. Ogólnie, było niezmiernie miło, a ja przekonałem się, że UJ składa się nie tylko ze zjebów - ekipa była bardzo wartościowych ludzi, wyniosłem z tego kilka znajomości i jestem niezmiernie szczęśliwy, że się na to zapisałem. Potem przyszedł po mnie kolega z Politechniki, a ja nawet jego odesłałem, by jeszcze posiedzieć w tej wspaniałej atmosferze ;) Obdarowano nas prowiantem w postaci drożdżówek i wody, aż w końcu dałem się Kamilowi wyciągnąć - i tak zmieniał się skład na popołudniowy. Przy okazji zwiedziliśmy główną Aulę Audytorium Maximum - robi kolosalne wrażenie. Druga połowa była przedzielona ogromną ścianą (chowaną, jak mniemam), ale i tak była to największa sala w stylu kinowym, jaką widziałem. Nagłośnienie świetne, siedzenia wygodne... Aż przyjemnie się siedziało ;)

Dni Otwarte UJ

Te kilka godzin zmieniło moje podejście do ludzi na UJ - stwierdziłem, że ci wartościowi chowają się po kołach typu Studenckie Koło Informatyki Stosowanej i w Samorządzie Studenckim. Do tego pierwszego mnie gorąco zapraszano, więc w kilka dni później zapisałem się (5zł semestralnie), licząc, że pomoże mi to także w organizowaniu własnych wykładów. Trochę się przejechałem już przy samym zapisie - okazało się, że nasz mały pokoik jest pełen bliżej nieokreślonych ludzi, którzy są tam w bliżej nieokreślonym celu i robią zamieszanie. Nikt nie wie, kto jest skarbnikiem, ani szefem tego stowarzyszenia... Wrażenie więc fatalne... W końcu znalazł się skarbnik... Dałem mu deklarację wraz z kasą, ale drugi raz już tam nie wstąpiłem i mnie nie ciągnie. Lista członków wykracza już ponad setkę, pokój mamy 4x2 metry... Wolę zrobić swoje własne stowarzyszenie i pod jego patronatem robić wykłady ;)

Podsumowując, Dni Otwarte to najlepsza impreza, w jakiej brałem czynny udział. Za rok na pewno też tam będę ;)

Niemal rok temu cieszyłem się z przyjęcia na UJ - wbrew wszystkiemu, co mi przepowiadano, a nawet - w co sam zacząłem wierzyć. Niech mnie gęś kopnie, jeśli spodziewałem się, jaka to będzie rewolucja. Uczelnia, do której chce się chodzić z racji na zajęcia, a nie uczęszczających - zupełnie odwrotnie, niż za czasów LO. Swój zachwyt opisywałem już kiedyś (teraz bym do tego dodał kilka razy tyle, zaś UJ nie zamienił nawet na wymarzony Princeton).

Swój zachwyt głosiłem wszem i wobec, aż w końcu wymyśliłem - zorganizować spotkanie "licealiści konta studenci" w moim LO. Sposób na propagandę, a na dodatek poznanie mnóstwa nowych ludzi ;) Poszedłem więc do LO - odzew władz był bardzo pozytywny. Gorzej ze studentami - ci cały czas się uczyli i robili ogólnie wszystko, co zbędne. Przekładanie z tygodnia na tydzień... W tym czasie pojawiła się okazja uczestniczenia w Dniach Otwartych UJ, z której skorzystałem - coby sprawdzić, jak się nadaję na gadanie o tej uczelni ;) W końcu trafiło mnie, ustaliłem deadline na 25 kwietnia i zorganizowałem wykładzik ;) Publika była średnio liczna (ok. 50 osób), bowiem trzecie klasy już były po klasyfikacji. Studentów, prócz mnie, przyszło sztuk jeden. Niemniej, sam wykład był, myślę, bardzo przyjemny dla obu stron, w miarę śmieszny i konkretny. Skecz, pisany na godzinę przed akcją, był następujący:

  1. Co miało być, a co jest. Kontakt w razie czego. Czego się dowiecie…
  2. Matura – co, gdy się nie zdaje lub obleje (studium zazwyczaj płatne)
  3. WKU 3 razy: maturalne, złożenie papierów, przyjęcie
  4. Składanie papierów: ilość podań, notariusz w AP
  5. Rekrutacja: załóżcie terminarze, listy rezerwowe
  6. Przyjęcie: legitymacje, ubezpieczenie ~30zł
  7. Terminy: wydział, kierunek, specjalność (specjalizacja), kolokwium (przekładanie bez problemów), kolokwium zaliczeniowe, sesja, wykłady, ćwiczenia/laboratoria/pracownia, sesja poprawkowa, dziekan, prodziekan, rektor, prorektor, dziekanat (sekretariat), ilość zajęć i przedmiotów w tygodniu, starosta, warunek (w zależności od wydziału), punkty ECTS, index, zakładanie konta w bibliotekach (8zł bez legitki elektronicznej), system ocen
  8. Studiowanie: e-mailowanie, fora roków, materiały w necie, zeszyty (ich brak), nieobecności (bez czepialstwa, 2nieuspr), książeczka zdrowia teorią, WF (tylko na stacj. dziennych; sekcje), zaliczanie eksternistyczne przedmiotów, odpytywanie przy tablicy na ocenę NIE na UJ
  9. Studia: stacjonarne, niestacjonarne, licencjackie, magisterskie, inżynierskie (nie ma na UJ), w syst. Sob-nd.
  10. Różnice między tymi samymi kierunkami na wydziałach
  11. Specjalności lub bloki programowe na 3. roku
  12. O samych uczelniach: AE, AGH (kilka ciekawych wydziałów), AP, AR, AWF, ASP, PK, Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna, KSW, WSZiB, UJ (luzy na zajęciach, opóźnienia dozwolone, regulamin zmieniony że nie można wylecieć na 1. sesji, warun na 1 .roku).
  13. The End. Any questions – priv or mail/gg.

Podsumowując, myślę, że dla osób dostających się teraz na studia jest to świetna okazja do poznania, pokazania się, poćwiczenia... W moim przypadku motywacją była chęć poznania nowych ludzi, zdobycia jakiegoś nowego doświadczenia, czy wreszcie - odpłacenia swojemu liceum za, bądź co bądź, wpojenie poziomu wiedzy, przy którym kozaki z czołowych krakowskich liceów wymiękają. Poza tym, chciałem (i wciąż chcę) prowadzić serię wykładów na UJ - musiałem sprawdzić, czy nie mam tremy ;) Poza tym, że miejscami się lekko mieszałem i odbiegałem od tematu, nie było źle. Zdecydowanie polecam takie akcje.

Zaraz po zakończeniu wykładu wparował kolejny student (brawo za wyczucie czasu), z którym ruszyłem jego bryką na Kraków... i nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie to, że uświadomiłem sobie, iż jeśli ktoś inny siedzi za kółkiem, frajda może być przednia dla pasażera. Pozdrawiam wszystkich, na których darłem mordę na przystankach w stylu "iiiiihaaaaa", włączając w to robotników :P Na następny dzień ból gardła, ale co tam... 25 kwietnia 2007 - worth memoring ;)

W poprzedni weekend miałem plan na sobotę: zrobić niespodziankę urodzinową mojemu koledze Bartkowi wraz z jego dziewczyną i znajomymi. Nieszczęśliwym trafem, akcja nie wypaliła: kolega nie miał czasu, a jego dziewczyna, która podjęła się organizacji, również coś nie przypasowało jak należy. Całą akcję przełożyliśmy wstępnie na niedzielę, mimo, że na poniedziałek miałem zapowiedziane kolokwium z logiki i teorii mnogosci o 8:30. Spałem do 14:00, zaś o godzinie 16:30 pojechałem samochodem do Podłęża. Pogoda fatalna, dzień wyborów (w których zresztą udziału nie wziąłem, a nawet jakbym chciał, to dosłyszałem w tv podczas snu, że w Wieliczce nie wydrukowali jednego kandydata, więc wybory się zaczną od 17:00 do 2:00)... Chwilę poczekałem, podjechał samochód z resztą osób. Jedna poszła do kościoła opodal, pomodlić się (wow...), druga pojechała po swoją dziewczynę, zaś dziewczyna kolegi została ze mną w ciemnym aucie: musieliśmy zaszyć się w szczerym polu i czekać na powrót solenizanta. Było całkiem przyjemnie ;) Jakiś czas wszystko trwało, ale w końcu zaskoczyliśmy Bartka w drzwiach, zaś impreza w pełni wypaliła - było super :) Do domu wróciłem koło 22:00, a skutkiem internetu, spałem tej nocy jedną godzinę.

Rano pojechałem na kolokwium... zwaliłem sprawę, a zadania były banalne, jednak to nie wina imprezy. Mniejsza. Przetrwałem pierwsze 6 godzin ćwiczeń i zaczęło się zmęczenie... potworne zmęczenie. Poszedłem na rynek coś zjeść, mając dwugodzinną przerwę. Perspektywa nudnego wykładu z wstępu do architektury komputerów nie była zbyt ciekawa. W Empiku książki Pratchetta Terry'ego wciąż po ponad 25zł - dużo za dużo, bym mógł sobie na jakąś pozwolić. Poszedłem jeszcze zajrzeć do przyjemnej knajpki chilloutowej Pergamin na ul. Brackiej i po drodze trafiłem do Centrum Taniej Książki. Tamże pierwsza część sagi, "Kolor Magii" za jedyne 9zł! Inne pozycje dwa razy tańsze niż w Empiku - byłem w conajmniej lekkim szoku. Kupiłem więc rzeczoną knigę, a dotarłszy pod budynek mojego wydziału spostrzegłem, że mam jeszcze 30 minut do wykładu. Ponieważ było dosyć chłodno, a ja zaparkowałem tuż przed uczelnią, wlazłem do auta i zacząłem czytać... o 16:30 obudził mnie kolega, który akurat nie zdążył na wykład :) Tym sposobem przespałem się jak wzorcowy student - w czasie wykładu, centralnie przed budynkiem :) Nawet niektórzy mnie rozpoznawali... potem przychodziły SMSy w stylu "podobno lubisz sypiać w samochodzie" ;) Cóż, jakoś się wybudziłem i o 18:00 poszedłem na dosyć istotny wykład z logiki i teorii mnogości. Następnej nocy spałem 14 godzin...

Jak niektórzy mogą wiedzieć, studiuję Informatykę Stosowaną na wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. Chciałbym kilka słów poświęcić na opis moich wrażeń po dwóch miesiącach studiowania na tym kierunku.

Zacznę może od tego, jakie miałem plany za czasów liceum. Mój tata skończył Telekomunikację na AGH, panuje również opinia, jakoby AGH był bardziej "techniczną" uczelnią, stąd moje pierwsze plany składały się głównie z Informatyki Stosowanej na AGH. Wraz ze zbliżaniem się matury, zacząłem się bardziej interesować wyborami, których mogłem dokonać. Mimo, że interesowałem się uczelniami już w drugiej klasie liceum, nie załapałem się na żaden z dni otwartych którejkolwiek z krakowskich uczelni. Moim przewodnikiem były więc ulotki oraz informacje, które zdołałem wydobyć na Krakowskich Dniach Nauki. Po przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że w kwestii IT w Krakowie jest w sumie niewielki wybór: jest AGH, na którym dużo jest fizyki oraz hardware'u, jest Politechnika Krakowska, na której jest mnóstwo hardware'u oraz trochę fizyki, oraz UJ, który szczególnie ze ścisłych przedmiotów nie słynie. Z obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że doskonale oceniłem programy kierunków na tych uczelniach: z przekazów kolegów wiem, że faktycznie jest, jak podejrzewałem. Są oczywiście jeszcze inne uczelnie: Akademia Pedagogiczna, Akademia Rolnicza, Papieska Akademia Teologiczna, Akademia Ekonomiczna... ale to są "niższe ligi", w dodatku nie oferujące tak dobrego nauczania IT, jak wcześniej przedstawione szkoły.

Moje wstępne plany obejmowały złożenie papierów właśnie na AGH, PK i UJ. Studiowanie ulotek oraz matura nieco zweryfikowały te marzenia: nie dość, że preferuję IT software'owe, to 44% z matematyki nie stawiało mnie w zbyt różowej (żeby nie powiedzieć: fatalnej) sytuacji. Złożyłem więc papiery na Informatykę na UJ (dzienna - nadzieje mieć trzeba, oraz zaoczna - tzw. rezerwa) oraz na AP (dzienna informatyka - spodziewałem się przyjęcia w cuglach, jako że do punktacji doliczany był w znacznej mierze język angielski, czyli 100% i 82%, oraz na dzienną filologię angielską - niech żyje spontaniczność). W obecnym czasie sądziłem, że pozostanie mi wybór między zaocznymi studiami na UJ, a dziennymi na AP. Z dwojga złego, lepsze wydawało się zaciągnięcie kredytu studenckiego i studia na najlepszej uczelni w kraju, choćby zaoczne. Wyniki rekrutacji mnie lekko zaskoczyły: na UJ na dzienne się nie dostałem (to akurat było do przewidzenia), na AP podobnie (tu lekki szok...). Liczyłem jeszcze na drugą rekrutację na informatykę na AP - na rezerwie byłem całkiem niedaleko, na UJ - 20. Ku mojemu zaskoczeniu, zwolniły się jednak miejsca na UJ (widać ci, którzy się dostali, składali tu papiery w ramach rezerwy od AGH) i zostałem przyjęty :)

Przyszedł więc czas studiów, które rozpocząłem na oficjalnej inauguracji, dostając jako reprezentant kierunku, indeks od dziekana. Tym samym uniknąłem kolejki do sekretariatu... chociaż sekretarki na moim wydziale są na prawdę bardzo miłe :) Przyszło mi wybierać, do jakich grup ćwiczeniowych chcę się zapisać. W praktyce oznaczało to, że sam sobie dobieram harmonogram, poza nieobowiązkowymi wykładami. Trochę chodzenia po internecie, poznawania przyjacielskich studentów i miałem już gotowy idealny plan zajęć, który udało mi się bez problemu przeforsować. Dziś mój harmonogram wygląda w praktyce tak: w poniedziałek 4 godz. ćwiczeń (w tym programowanie, na którym gadam na gg; co dwa tyg. dodatkowo 2h ćw. z architektury komputerów) oraz 2h ciekawych wykładów... wtorek - wykład z programowania - czyli wolne, środa - w pełni wolne, w czwartek jeden ciekawy wykład, natomiast w piątek 4 godz. ćwiczeń (w tym 2 to małe piwo) oraz nieciekawy wykład, czyli wolne :) Innymi słowy, luzy są nieziemskie, czasu dużo, a na zajęcia chodzi się bezstresowo. Nieobecności dozwolone (ok. 2 dla każdych ćw.), usprawiedliwienia wysyłane mailem są akceptowane, ogólna komunikacja z profesorami via mail jest b. szybka, a dodatkowo otrzymuję wieczystą licencję na wszystkie produkty Microsoftu, naturalnie za darmo. Atmosfera jest wspaniała, wykłady ciekawe, czas można bez problemów naginać, zaś poziom mimo wszystko jest wysoki. Reguły gry są jasne: zapowiadane z wyprzedzeniem kolokwia, opcjonalne zwolnienia z egzaminów sesyjnych w przypadku dobrych wyników... Mało tego: w poprzednim roku na moim kierunku były 4 dziewczyny na 90 osób... w tym stanowią ok. 1/3 całości, a jest na co popatrzeć. Studenci innych uczelni tylko ślinią się na te wszystkie dogodności, zaś AGHowcy mają zapieprz i kolokwia niezapowiedziane na obowiązkowych wykładach - oj, nie chciałbym być w ich skórze...

By nie pozostać idealistą, wypowiem się też na temat jedynej słabej strony, którą widzę na swoim wydziale: studenci. Są to w większości dumne osły, z którymi nie sposób zamienić słowa na tematy niezwiązane z nauką, lub "kozaki", które myślą, że są cool bo raz w tygodniu pojadą do klubu. Na szczęście są na to rady: ludzie z innych uczelni (ukłon w stronę Politechniki) są bardzo mili i jest z nimi o czym mówić, toteż co przerwę tam właśnie się udaję - problem z głowy :)

Podsumowując, w ostatnim stadium liceum moim największym marzeniem było trafienie tu, gdzie jestem, a z obecnej perspektywy, lepiej trafić nie mogłem. Viva FAIS, viva UJ!

"Giertych wyjaśnił, że matura składa się z pięciu części i każdy kto zda co najmniej cztery z nich, a łączny wynik z egzaminu wyniesie co najmniej 30 proc., jego matura będzie zaliczona."

Jezu, co za imbecyl.... nie, nie mam sily... ja pier....
1) obcieli mi 4pkty za to, ze sie jebnalem przy dodawaniu w liczeniu sredniej arytmetycznej
2) z angola nie doczytali sie chyba "asure" - mam 0! co za buce...
3) za bogactwo jezykowe z roszerzonego angola mam obciety punkt... geez, bez kitu taki jezyk jak ja tam stosowalem.... balwany!
4) nie dostalem dodatkowych punktow za to ze moj program w cpp wydawal dzwieki... nie, zeby podawal wynik, ale to jest jakies osiagniecie :p niezamierzone, rzecz jasna
5) dlaczego sa karty wynikow ogolnopolskich z wiekszosci przedmiotow a nie ma ani slowa o infie? moze dlatego, ze pani na UJ nie mogla wyjsc z podziwu ze ktos dostal ponad 20%?! buce sie znowu beda tlumaczyc!!! matura dla geekow excela!

Wole sie nie wglebiac juz bo brakuje mi DUZO punktow i moglbym je wywalczyc w OKE... pewnie za jakies 2 miesiace. Geez, gardze nauczycielami... gardze!
Hodowla zwierząt
Biologia rozrodu zwierząt
Rybactwo śródlądowe i ochrona środowiska wodnego
Infrastruktura techniczna wsi (???)
Ochrona zasobów leśnych
Ogrodnictwo z marketingiem (piernik z wiatrakiem)
Sztuka ogrodowa (whoaaa)


Wymagania: egzamin z rysunku odręcznego i konkurs świadectw maturalnych. Glowa, korpus, mile widziane rece i nogi.
Dobra... wyniki, ku chwale Ojczyzny.

polski ustny: 90%
angielski ustny (roz): 100%
polski pisemny (podst): 64%
angielski pisemny (podst): 100%
angielski pisemny (roz): 82%
matematyka pisemna (podst): 48%
matematyka pisemna (roz): 42%
informatyka (roz): 32%

Komentarzyk wypada strzelic... coz... z polaka tyle sie spodziewalem i jestem z siebie bardzo zadowolony. Angielski... heh lol :) obstawiam ze trafilem na jakas mloda maniaczke z trudnym charakterkiem... nie wiem jakim cudem mam 100% z podstawy (liczylem na 96%), ale sie klocic nie bede ;) Natomiast rozszerzony angielski... no comments, ja sie doliczalem w cuglach powyzej 90%, widac ktos mial jakies "ale" do mojej rozprawki. Bledow nie robie, wiec pewnie jakas stuknieta teacher-wannabe stwierdzila ze nie jest zgodna z forma or whatever. Szczegol - powtorka z lo ;) Ustny angielski... totalnie po znajomosci, gadalem od rzeczy (udowadnialem, ze sposob odzywiania sie nie ma wplywu na zycie, zdrowie i samopoczucie - w druga strone by za latwo bylo, a drugi temat o wyzszosci zupek domowych nad McDonaldem jakos mi nie podchodzil). Coz - mialem w komisji ladna mloda panienke z maslanymi oczami z zewnatrz oraz dwie nauczycielki angola. Pewnie stwierdzily, ze jakbym ja nie mial 100% to by sie osmieszyly, bo kto, jak nie ja. Niezbyt to sprawiedliwe, ale trudno. Takie zycie. Dalej... matma... omg omg omg... podstawa - tak sie spodziewalem, bo nawet srednia arytmetyczna zle policzylem :P Natomiast rozszerzona - liczylem na 64%. Widac trafil mi sie jakis buc, ktory nie ocenial dalej zadan, jesli znalazl sie blad w obliczeniach - inaczej tego wytlumaczyc nie umiem znajac oficjalne przykladowe odpowiedzi. No comments.. infa... heh cala matura z infy byla dla geekow excela... wole nie wspominac zadania z obliczeniem pola figury w ksztalcie wazonu w wordzie i tym podobnych. Tak czy siak, liczylem na 60%, ale nawet nie mam zalu - malo ktory nauczyciel w ogole by zrobil te zadania, ocenic tez wiec nie musi potrafic. Oszolomy...

Podsumowanko... jutro skladam papiery na stacjonarne i niestacjonarne informatyki na uj, a takze na stacjonarna infe na AP oraz na AP na stacjonarny angielski (ha! co mi szkodzi :p). Szkoda, ze dzienne na uj to raczej teoria. Pewnie skonczy sie na wyborze zaocznych na uj lub dziennych na ap, z czego bym wolal uj, tylko kasy ni ma. Nic, zobaczymy. :)
Czyrnek (22:03)
gdzie znalezc jakie sa kierunki na agh
Czyrnek (22:04)
nio daj mi linka bo ja nie moge znalezc
Jako że jutro muszę oddać biliografię do mojej matury ustnej z polskiego, udałem się do Bilbioteki UJ. Tamże mili ludzie, atmosfera aż zachęcająca do nauki, sporo studentów, a co ważniejsze - ładnych studentek :) Czego szukałem - znalazłem. Czytelnia główna robi ogromne wrażenie. Zresztą poboczne również. Reasumując, nie mogę doczekać się korzystania z tej instytucji na codzień. Taką naukę to ja rozumiem :)
Czasu mam tak mało, że nawet na blogu nie pisze. A bylłoby o czym... o odcięciu netu, problemach finansowych, psychologicznych, zmianach, wypadach i wielu innych rzeczach. Ogranicze się jednak do tej najprzyjemniejszej rzeczy: dziś zgarnąłem kolejną nagrodę za pierwsze miejsce w Szkolnym Konkursie Angielskiego w postaci marnego słownika Longmana i uściusku dłoni prezesowej. Jak to rzekła w przemówieniu moja nauczycielka od angielskiego: "wyniki znajdą odzwierciedlenie w ocenach". Mojej uwagi w postaci "ma pani na myśli to 4 ołówkiem?" nie skomentowała :)
Jutro poprawa sprawdzianu z rachunku różniczkowego... odkąd wróciłem do domu, 3 osoby zadały mi pytanie "co to jest rachunek różniczkowy?" :) Nie ma jak klasa matematyczna na 1.5 miesiąca przed maturą :)
Jakoś tak trochę mi smutno, trochę nudno... ale nie totalnie. Może dlatego, że ciężko ostatnio z kontaktem z bliskimi mi ludźmi... a może dlatego, że jutrzejsza perspektywa jakiegoś wypadu prawie nie istnieje... :/
Kolega mi dziś zaproponował, żebym z nim pojechał do Luton w Anglii na studia. Gwarantowane wejście na uczelnie i praca... Jednak to na 4 lata... Trochę mnie może ciągnie, ale jako realista muszę przyznać, że do Polski bym pewnie nie wrócił na stałe - nie ma siły, bym przez 4 lata nikogo nie poznał, nie zadomowił się... a narazie jestem chyba za młody by decydować, gdzie spędzę resztę życia... narazie nawet nie wiem z kim je spędzę - niestety :/ No i zostawiać to wszystko... rodzinę, przyjaciół, Ją... może, kiedy wszystko się wyjaśni. Póki są szanse - ja ich nie przepuszczę.
W głębi umysłu wiem, że jutro i tak będzie lepiej...
Nie przesadzę, jeśli powiem, że od początku roku 50 razy byłem na sali w LO celem pogrania w nogę. Dziś pobiliśmy rekord - 12 osób obecnych :) Wszystko mnie boli, ledwo chodzę, ale przyjemność jest wielka. Dwie i pół godzinki z życiorysu, zakończone wejściem tłumu siatkarek szukających "faceta z fotka.pl" :)
Co do reszty dnia... wczoraj do późnych godzin nocnych siedziałem z paroma osobami i myśleliśmy, co zrobić z dzisiejszym sprawdzianem z trygonometrii, na który nic nie umiemy (w moim przypadku najsłabszy dział matmy). Doszliśmy do wniosku, że pójdziemy i spróbujemy go przełożyć... chcieliśmy jak nigdy, wyszło jak zawsze :) Na kilka dziś pytanych osób, nikt nie był w szkole :) Co do mnie - zaspałem na 9:50...
Po południu sms od instruktora jazdy - jeździmy o 15:00. Trudno, zgodziłem się i przełożyłem football na 16:00 (a wraz ze mną 11 innych osób). Godzina 14:30 - sms: "zmiana planów. jeździmy o 16". To jest jedna z rzeczy, które mnie najbardziej denerwują. To, że niektórzy nie liczą się w ogóle z planami innych, nie widzą problemu w swojej nieobecności na umówionym spotkaniu. Z tego też powodu wynikały spore komplikacje na zeszłorocznych wakacjach w Grecji. Wtedy myślałem, że ktoś przesadza, że czas nie jest taki istotny. Teraz stał się również dla mnie priorytetem, zaś wystawka - najgorszym złem. Jazdy oczywiście odmówiłem...
Jakiś czas temu zapisałem się do konkursu 31337 o indeks na jakąś tam uczelnie. W sumie zrobiłem to z kilku powodów... dla frajdy, sprawdzenia siebie... i w sumie wierzyłem, że mi się uda. Zaczęło się nieźle - pierwsze zadanie konkursowe brzmiało "2+2=?", zaś odpowiedzi to 5, 12, 11, 101, 3, 1111. Zaznaczyłem więc 1111 - odpowiedź z systemu jedynkowego. Okazało się, że autorzy mięli na myśli system trójkowy (odpowiedź: 11). A potem było już tylko gorzej: nieprofesjonalny skrypt do zliczania odpowiedzi, mnóstwo wątpliwości w kolejnych zadaniach, niewyjaśnione decyzje o przedłużeniu czasu premiowanych odpowiedzi, anulowanie dwóch pierwszych zadań... Obecnie zakończył się pierwszy etap tego konkursu, trudno więc mi określić, czy mój wniosek został w ogóle rozpatrzony. W każdym razie maili od jakiegoś czasu nie dostaje (a było ich sporo, bo conajmniej dwa dziennie o bzdurnych treściach).
Taki konkurs zmusił mnie do małej refleksji. Osobiście bowiem nie poszedłbym na uczelnie tak nieprofesjonalnie organizującą konkurs nawet, gdybym posiadał indeks w ręce. Cóż - okazje na darmowy wjazd na uczelnie już minęły. Będę musiał chyba przysiąść trochę nad lekcjami... jeszcze dwa miesiące...
Co istotne, maturka zaliczona. Przynajmniej próbna. Mimo, że z polskiego odwaliłem, szczerze, najgorszą pracę w życiu, i tak otrzymałem 34%, czyli wystarczająco. Gorzej nie sądze by mogło być :) Matma... 46% podstawa i 14% rozszerzona :) Porażka? Może... ale ufam w swoje umiejętności i na pewno w ciągu tych 4 miesięcy nie będę zbijał bąków. Na pocieszenie angielski: podstawa 98%, rozszerzony arkusz 89%. Rzekłbym, że powinno być lepiej. Ale w końcu oceny podjęła się moja niekompetentna nauczycielka angielskiego, więc i tak powinienem się cieszyć, że tylko tyle mi nie uznała (bo poprawnie napisałem, a jak!). Rozszerzony arkusz podliczyła bez rozprawki (hah! rozprawka na 250 słów? może w polskim dadzą ograniczenie? bo w polskim 250 słów to MINIMUM, a w angielskim - MAXIMUM. na tyle to ja wstęp mogę napisać), bo jej się oceniać nie chciało. Palnęła tylko uwagę na temat mojego wypracowanka - że nie jest zgodne z tematem i będzie mi musiała chyba 1 dać :D Debilizm tej kobiety nie zna granic, zaś jej niewiedza jest niepojęta. Już nawet nie wspomnę ile kwestii poruszyłem w pracy. Zresztą, z ręką na sercu, nie pamiętam by mi kiedykolwiek nie powiedziała, że moja odpowiedź bądź zadanie jest niezgodne z tematem."Nauczyciel"...