Moim ulubionym serialem jest Friends... Dialogi z niego znam na pamięć i choć większość żartów rozumiem, co jakiś czas napotykam w życiu na coś, co wyjaśnia pewne kwestie. Podobnie, nie do końca wiedziałem o co biega w tym dialogu (rzecz jasna, z pamięci):

(Ross): What phenomenon scares the beJesus out of Chandler?

(Monica): Michael Flatley, Lord of the Dance!

(Ross): That is correct!

(Joey): The Irish jig guy?!

(Chandler): His legs move like independently from his body!

Chociaż ostatnia kwestia nijako wyjaśniała istotę sprawy na tyle, by zrozumieć dowcip, tak moja wiedza o Michaelu Flatleyem była zerowa. Dopiero w ostatnich dniach, na forum studiów natrafiłem na topic, w którym znalazłem coś, co mnie urzekło.

Mówię tu o stepowaniu, przy sielskiej irlandzkiej muzyczce :) Nie przedłużając, serwuję pierwszy (i wg mnie najlepszy) film:

Po oglądnięciu całości niewątpliwie chce się jeszcze więcej :) Stąd: inny filmik z LotD, finał riverdance, riverdance thunderstorm oraz trochę stary, acz wciąż ciekawy riverdance w dość oryginalnym stylu. Dla wytrwałych, całość występu Michaela Flatley'a z Lord of the Dance.

Chciałbym tak umieć :) Ale jeśli nawet się tego nie nauczę w życiu, to na pewno będę dążył do pojawienia się na takim występie. Kolejny wspaniały aspekt życia odkryty! :)

A: Ponieważ zaburza kolejność, w jakiej ludzie normalnie czytają tekst.

> Q: A dlaczego odpowiadanie nad postem jest takie złe?

>> A: Odpowiadanie nad postem.

>>> Q: Co jest najbardziej denerwującą rzeczą na usenecie?

- Masz coś do picia?

- Piciu jest w porządku...

Znalazłem ostatnio w sobie trochę siły, by znowu zmodyfikować szablon bloga. Do wymiany poszła czcionka, szerokości paneli, doszły także reklamy. Całość przybiera już jako-taki kształt, chociaż do perfekcji jeszcze wielu rzeczy brakuje. Jeśli jednak uznać zmianę szablonu, która miała miejsce kilka miesięcy temu, za pierwszą poważną modyfikację, zaś stworzenie własnych grafik za drugą, mój blog doczekał się wersji trzeciej, która nie tyle odstrasza, co ładnie wygląda - przynajmniej na moje oko.

Niestety, w Internet Explorerze sprawa wygląda bardzo kiepsko - litery są ni to rozmyte, ni poszarpane, zaś polskich znaczków nie uświadczycie. Szybkie zerknięcie w statystyki: 50% odwiedzających używa IE :/

Czas na męską decyzję... zostaję przy ładnym wyglądzie. W końcu to mój blog, tu nie muszę mieć względu na żadne mniejszości, czy większości. Stawiam więc na estetykę :)

W poprzedni weekend miałem plan na sobotę: zrobić niespodziankę urodzinową mojemu koledze Bartkowi wraz z jego dziewczyną i znajomymi. Nieszczęśliwym trafem, akcja nie wypaliła: kolega nie miał czasu, a jego dziewczyna, która podjęła się organizacji, również coś nie przypasowało jak należy. Całą akcję przełożyliśmy wstępnie na niedzielę, mimo, że na poniedziałek miałem zapowiedziane kolokwium z logiki i teorii mnogosci o 8:30. Spałem do 14:00, zaś o godzinie 16:30 pojechałem samochodem do Podłęża. Pogoda fatalna, dzień wyborów (w których zresztą udziału nie wziąłem, a nawet jakbym chciał, to dosłyszałem w tv podczas snu, że w Wieliczce nie wydrukowali jednego kandydata, więc wybory się zaczną od 17:00 do 2:00)... Chwilę poczekałem, podjechał samochód z resztą osób. Jedna poszła do kościoła opodal, pomodlić się (wow...), druga pojechała po swoją dziewczynę, zaś dziewczyna kolegi została ze mną w ciemnym aucie: musieliśmy zaszyć się w szczerym polu i czekać na powrót solenizanta. Było całkiem przyjemnie ;) Jakiś czas wszystko trwało, ale w końcu zaskoczyliśmy Bartka w drzwiach, zaś impreza w pełni wypaliła - było super :) Do domu wróciłem koło 22:00, a skutkiem internetu, spałem tej nocy jedną godzinę.

Rano pojechałem na kolokwium... zwaliłem sprawę, a zadania były banalne, jednak to nie wina imprezy. Mniejsza. Przetrwałem pierwsze 6 godzin ćwiczeń i zaczęło się zmęczenie... potworne zmęczenie. Poszedłem na rynek coś zjeść, mając dwugodzinną przerwę. Perspektywa nudnego wykładu z wstępu do architektury komputerów nie była zbyt ciekawa. W Empiku książki Pratchetta Terry'ego wciąż po ponad 25zł - dużo za dużo, bym mógł sobie na jakąś pozwolić. Poszedłem jeszcze zajrzeć do przyjemnej knajpki chilloutowej Pergamin na ul. Brackiej i po drodze trafiłem do Centrum Taniej Książki. Tamże pierwsza część sagi, "Kolor Magii" za jedyne 9zł! Inne pozycje dwa razy tańsze niż w Empiku - byłem w conajmniej lekkim szoku. Kupiłem więc rzeczoną knigę, a dotarłszy pod budynek mojego wydziału spostrzegłem, że mam jeszcze 30 minut do wykładu. Ponieważ było dosyć chłodno, a ja zaparkowałem tuż przed uczelnią, wlazłem do auta i zacząłem czytać... o 16:30 obudził mnie kolega, który akurat nie zdążył na wykład :) Tym sposobem przespałem się jak wzorcowy student - w czasie wykładu, centralnie przed budynkiem :) Nawet niektórzy mnie rozpoznawali... potem przychodziły SMSy w stylu "podobno lubisz sypiać w samochodzie" ;) Cóż, jakoś się wybudziłem i o 18:00 poszedłem na dosyć istotny wykład z logiki i teorii mnogości. Następnej nocy spałem 14 godzin...

Jak niektórzy mogą wiedzieć, studiuję Informatykę Stosowaną na wydziale Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej UJ. Chciałbym kilka słów poświęcić na opis moich wrażeń po dwóch miesiącach studiowania na tym kierunku.

Zacznę może od tego, jakie miałem plany za czasów liceum. Mój tata skończył Telekomunikację na AGH, panuje również opinia, jakoby AGH był bardziej "techniczną" uczelnią, stąd moje pierwsze plany składały się głównie z Informatyki Stosowanej na AGH. Wraz ze zbliżaniem się matury, zacząłem się bardziej interesować wyborami, których mogłem dokonać. Mimo, że interesowałem się uczelniami już w drugiej klasie liceum, nie załapałem się na żaden z dni otwartych którejkolwiek z krakowskich uczelni. Moim przewodnikiem były więc ulotki oraz informacje, które zdołałem wydobyć na Krakowskich Dniach Nauki. Po przemyśleniu, doszedłem do wniosku, że w kwestii IT w Krakowie jest w sumie niewielki wybór: jest AGH, na którym dużo jest fizyki oraz hardware'u, jest Politechnika Krakowska, na której jest mnóstwo hardware'u oraz trochę fizyki, oraz UJ, który szczególnie ze ścisłych przedmiotów nie słynie. Z obecnej perspektywy mogę stwierdzić, że doskonale oceniłem programy kierunków na tych uczelniach: z przekazów kolegów wiem, że faktycznie jest, jak podejrzewałem. Są oczywiście jeszcze inne uczelnie: Akademia Pedagogiczna, Akademia Rolnicza, Papieska Akademia Teologiczna, Akademia Ekonomiczna... ale to są "niższe ligi", w dodatku nie oferujące tak dobrego nauczania IT, jak wcześniej przedstawione szkoły.

Moje wstępne plany obejmowały złożenie papierów właśnie na AGH, PK i UJ. Studiowanie ulotek oraz matura nieco zweryfikowały te marzenia: nie dość, że preferuję IT software'owe, to 44% z matematyki nie stawiało mnie w zbyt różowej (żeby nie powiedzieć: fatalnej) sytuacji. Złożyłem więc papiery na Informatykę na UJ (dzienna - nadzieje mieć trzeba, oraz zaoczna - tzw. rezerwa) oraz na AP (dzienna informatyka - spodziewałem się przyjęcia w cuglach, jako że do punktacji doliczany był w znacznej mierze język angielski, czyli 100% i 82%, oraz na dzienną filologię angielską - niech żyje spontaniczność). W obecnym czasie sądziłem, że pozostanie mi wybór między zaocznymi studiami na UJ, a dziennymi na AP. Z dwojga złego, lepsze wydawało się zaciągnięcie kredytu studenckiego i studia na najlepszej uczelni w kraju, choćby zaoczne. Wyniki rekrutacji mnie lekko zaskoczyły: na UJ na dzienne się nie dostałem (to akurat było do przewidzenia), na AP podobnie (tu lekki szok...). Liczyłem jeszcze na drugą rekrutację na informatykę na AP - na rezerwie byłem całkiem niedaleko, na UJ - 20. Ku mojemu zaskoczeniu, zwolniły się jednak miejsca na UJ (widać ci, którzy się dostali, składali tu papiery w ramach rezerwy od AGH) i zostałem przyjęty :)

Przyszedł więc czas studiów, które rozpocząłem na oficjalnej inauguracji, dostając jako reprezentant kierunku, indeks od dziekana. Tym samym uniknąłem kolejki do sekretariatu... chociaż sekretarki na moim wydziale są na prawdę bardzo miłe :) Przyszło mi wybierać, do jakich grup ćwiczeniowych chcę się zapisać. W praktyce oznaczało to, że sam sobie dobieram harmonogram, poza nieobowiązkowymi wykładami. Trochę chodzenia po internecie, poznawania przyjacielskich studentów i miałem już gotowy idealny plan zajęć, który udało mi się bez problemu przeforsować. Dziś mój harmonogram wygląda w praktyce tak: w poniedziałek 4 godz. ćwiczeń (w tym programowanie, na którym gadam na gg; co dwa tyg. dodatkowo 2h ćw. z architektury komputerów) oraz 2h ciekawych wykładów... wtorek - wykład z programowania - czyli wolne, środa - w pełni wolne, w czwartek jeden ciekawy wykład, natomiast w piątek 4 godz. ćwiczeń (w tym 2 to małe piwo) oraz nieciekawy wykład, czyli wolne :) Innymi słowy, luzy są nieziemskie, czasu dużo, a na zajęcia chodzi się bezstresowo. Nieobecności dozwolone (ok. 2 dla każdych ćw.), usprawiedliwienia wysyłane mailem są akceptowane, ogólna komunikacja z profesorami via mail jest b. szybka, a dodatkowo otrzymuję wieczystą licencję na wszystkie produkty Microsoftu, naturalnie za darmo. Atmosfera jest wspaniała, wykłady ciekawe, czas można bez problemów naginać, zaś poziom mimo wszystko jest wysoki. Reguły gry są jasne: zapowiadane z wyprzedzeniem kolokwia, opcjonalne zwolnienia z egzaminów sesyjnych w przypadku dobrych wyników... Mało tego: w poprzednim roku na moim kierunku były 4 dziewczyny na 90 osób... w tym stanowią ok. 1/3 całości, a jest na co popatrzeć. Studenci innych uczelni tylko ślinią się na te wszystkie dogodności, zaś AGHowcy mają zapieprz i kolokwia niezapowiedziane na obowiązkowych wykładach - oj, nie chciałbym być w ich skórze...

By nie pozostać idealistą, wypowiem się też na temat jedynej słabej strony, którą widzę na swoim wydziale: studenci. Są to w większości dumne osły, z którymi nie sposób zamienić słowa na tematy niezwiązane z nauką, lub "kozaki", które myślą, że są cool bo raz w tygodniu pojadą do klubu. Na szczęście są na to rady: ludzie z innych uczelni (ukłon w stronę Politechniki) są bardzo mili i jest z nimi o czym mówić, toteż co przerwę tam właśnie się udaję - problem z głowy :)

Podsumowując, w ostatnim stadium liceum moim największym marzeniem było trafienie tu, gdzie jestem, a z obecnej perspektywy, lepiej trafić nie mogłem. Viva FAIS, viva UJ!

Już od dobrych 3 lat, co roku oglądam program "drogówka" na TV4 w okresie Wszystkich Świętych. Coroczne akcje "znicz", podczas których łapani są trzeźwi kierowcy i są im wręczane darmowe prezenty to coś, na co warto poświęcić godzinkę. W tym roku również nie zostałem zawiedziony, bowiem policjant oświecił mnie geniuszem implikacji:

"Z tego, co powiedział kierowca, wynika to, co powiedział świadek."

Nie zmarnuj swojego glosu - nie oddawaj go!

Ciezko nie polec, gdy sie juz lezy...

Dyrektorowi ośrodka kolejny raz nie powiodło się w Theme Hospital.
Powszechnie uznawano, że miasto jest bardzo zdrowe. Niewiele zarazków potrafiło tu przetrwać.
Podane haslo bylo zbyt proste lub kod nie byl poprawnie przepisany.

lol?!

Korupcji mówimy stanowcze BYĆ MOŻE.
[02:16:56] ZaR: chlopak czy dupa?:>
[02:17:15] Pawel L: ja nie wiem co to dupa:P
Gmoch: Ten bramkarz by musiał mieć ręce jak orangutan, żeby sięgnąć tej piłki! Proszę zobaczyć, to jest walka wręcz!
...
Szaranowicz: To ja Cię Jacku poproszę do rysowania, żeby przerwać ten spór.
Gmoch: Dobrze, ale w tym wypadku się mylicie.
Gmoch: Tutaj Nelson dochodzi do piłki...
Szaranowicz: Niemal jak admirał Nelson w rządzie
Gmoch: Admiralem pewnie nie jest
Szaranowicz: Pewnie nie

o)

Cudowne zdjęcia...