24 listopada 2006
Od pewnego czasu głowę mąci mi pewna teza, która wyszła jakoś "w praniu":
Najistotniejszym elementem snu, jest moment zasypiania. Od niego zależy w głównej mierze jakość wypoczynku, którą oceniamy przy pobudce.
Rzeczą jasną jest, że zazwyczaj po krótkim śnie nie jesteśmy wypoczęci. Bywa jednak i tak, że nawet po długim śnie (kilkanaście godzin) człowiek czuje się zmęczony, funkcjonuje ledwie kilka godzin, po czym znowu pada.
Podobnie, niejednokrotnie jest się bardziej wypoczętym po 30 minutach snu, niż po 2 godzinach (tłumaczę to tym, że organizm dopiero po pewnym czasie "spowalnia swój bieg", zaczyna odpoczywać), zaś letarg przeciągany do granic cierpliwości powoduje eksplozję aktywności. Wniosek:
Długość snu wcale nie determinuje stopnia wypoczęcia, o ile nie posuwamy się w skrajności.
Rozważyć można także czynniki zewnętrzne, działające na śpiącą osobę. Tu z kolei możemy uświadomić sobie, że w istocie człowiek potrafi spać wytrwale na dyskotece oraz w zacisznym mieszkaniu, podczas dnia - tak samo jak w nocy.
Podobnie, sposób, w jaki zostaliśmy obudzeni, nie wydaje się mieć wpływu na samą jakość wypoczynku - bardziej na nasz humor :)
Wydawać by się mogło, że sprawa jest podobna także w przypadku zasypiania. Tu jednak zauważam pewną szansę: jeśli uda się uspokoić i zaspokoić organizm i dopiero przystąpić do zasypiania, nie będzie on już musiał "spowalniać swojego biegu" - od razu zacznie odpoczywać. Do tego dochodzi sam fakt zasypiania w spokoju - mięśnie rozluźnione, pełne poczucie bezpieczeństwa i swobody zapewniają, że mózg także będzie mógł odpocząć, a nie "maglować" sytuacje z dnia. Jest niezerowa szansa, że podchwyci na cele snów ostatnie ze świadomych odczuć - których teoretycznie nie będzie - zarazem myśli nie będą błądzić po nawet najprostszych, przyjemnych czy mniej, sprawach - szare komórki po prostu trochę ostygną. Rano z kolei, umysł powinien być gotów do pracy i w miarę "pusty", otwarty na nowe pomysły, świeższy, chłonniejszy - podobnie, jak pamięć podręczna RAM w zrestartowanych komputerach.
Pytaniem fundamentalnym jest: gdzie leży złoty środek? Jak dużo czasu możemy poświęcić na uspakajanie organizmu przed zaśnięciem, by nasz "reaktor" znalazł jeszcze choć trochę czasu na "ochłonięcie"?
Z moich doświadczeń wynika, że przy zasypianiu w pełni uspokojonym, wystarczą trzy godziny. Nie przeczy to już z zasadą związaną z pierwszym wnioskiem, bowiem organizm potrzebuje dużo mniej czasu na przejście do całkowitego odpoczynku. Jestem także przekonany, że będąc świadomym, człowiek może skuteczniej uspokoić swój organizm, aniżeli sam umysł podczas snu (w drodze rozważenia wszystkich problemów, pogodzenia się ze wszystkimi faktami). Mając moc "myślenia o niczym", skupiania się na równomiernym oddechu, powinniśmy być w stanie wydajniej wykorzystywać nasz czas, przeznaczony na wypoczynek.
- Strona główna

- ← Śmiać się, czy płakać? (poprzedni wpis)
- → Ognisko... (następny wpis)









